Twojego gościa nie da się przekonać folderem. On stoi na ulicy, jest głodny, wpisuje w telefon „gdzie zjeść w pobliżu” i w kilka sekund wybiera jedną z trzech wizytówek, które pokazały mu się na mapie. Decyduje zdjęcie, ocena, słowo „Otwarte” i to, czy widzi menu z cenami. Zajmujemy się tym, żeby w tym momencie na górze był Twój lokal, i żeby wyglądał tak, jak faktycznie u Ciebie jest.
Pozycjonowanie restauracji ma niewiele wspólnego z pozycjonowaniem warsztatu, kancelarii czy gabinetu. Tam klient ma problem, którego nie da się odłożyć, więc szuka świadomie, porównuje, czyta i dzwoni. Tutaj po drugiej stronie jest ktoś, kto wyszedł z pracy, ma czterdzieści minut przerwy i chce zjeść coś dobrego w promieniu kilkuset metrów. Nie przeczyta Twojej historii, nie sprawdzi, kto prowadzi kuchnię, nie porówna ofert. Rzuci okiem na trzy kafelki na mapie i pójdzie tam, gdzie zdjęcie wyglądało najlepiej. Cały marketing gastronomii sprowadza się do tego, żeby wygrać te kilka sekund, a potem powtórzyć to jutro, pojutrze i w każdy piątek wieczorem.
Po pierwsze: zapytania są spontaniczne i rozstrzygają się na mapach. Ogromna część ruchu w tej branży to wyszukiwania bez nazwy lokalu: „gdzie zjeść”, „restauracja blisko mnie”, „kawiarnia otwarta teraz”, „obiad na wynos”, „pizza dowóz”. Człowiek, który je wpisuje, nie ma jeszcze żadnego faworyta i wybierze spośród tego, co pokaże mu Google w trzech pierwszych wynikach na mapie. Nie zobaczy Twojej strony, nie dotrze do zakładki z menu, nie zatrzyma się na dziesiątej pozycji w wynikach organicznych. Dlatego w gastronomii wizytówka nie jest dodatkiem do strony, tylko główną witryną firmy, a strona pełni rolę zaplecza, które tę wizytówkę wzmacnia i domyka zamówienia z dowozem oraz zapytania o przyjęcia. Kolejność pracy jest tu zawsze taka sama: najpierw profil w Google, potem wszystko inne.
Po drugie: zdjęcia potraw są ofertą, nie ilustracją. W żadnej innej branży obraz nie sprzedaje tak bezpośrednio. Gość nie potrafi ocenić smaku przed wejściem, więc ocenia to, co widzi, i robi to bardzo surowo. Dwa lokale o identycznej kuchni i identycznej ocenie rozjadą się w wynikach tylko dlatego, że jeden ma trzydzieści zdjęć w świetle dziennym, a drugi pięć ciemnych fotografii sprzed czterech lat. Liczy się też, co jest na zdjęciach: samo jedzenie to za mało. Potrzebne jest wnętrze, żeby gość wiedział, czy wypada tam wejść w dresie, wejście z widocznym szyldem, żeby trafił z ulicy, ogródek, jeśli jest, i ludzie, bo pusta sala odstrasza. Osobna rzecz to menu. Wgrane do wizytówki jako pozycje z cenami pracuje zupełnie inaczej niż wrzucone jako zdjęcie kartki, bo Google potrafi je czytać i podpowiadać Twój lokal przy zapytaniach o konkretne dania.
Po trzecie: opinie decydują szybciej niż w jakiejkolwiek innej branży. Gość patrzy na ocenę i na liczbę ocen jednocześnie, i robi to odruchowo. Cztery i sześć dziesiątych przy dwustu opiniach wygrywa z piątką przy siedmiu, bo pierwsze wygląda na sprawdzone, a drugie na rodzinę właściciela. Kluczowa jest przy tym świeżość. W gastronomii kucharz się zmienia, karta się zmienia, właściciel się zmienia, więc opinia sprzed dwóch lat jest dla czytającego bezwartościowa, a Google traktuje ją podobnie. Lokal z dziesięcioma ocenami z ostatniego miesiąca wypada lepiej niż lokal ze stoma sprzed trzech lat. Równie ważne są odpowiedzi. Reakcja na ocenę negatywną nie jest dla jej autora, bo on zwykle nie wróci, tylko dla kolejnych kilkudziesięciu osób, które ją przeczytają. Spokojna odpowiedź na zarzut o długie czekanie w sobotni wieczór potrafi uratować więcej rezerwacji niż sama ocena zabrała.
Po czwarte: godziny otwarcia to w tej branży element pozycjonowania, nie informacja porządkowa. Google filtruje wyniki po statusie otwarcia, więc lokal z nieaktualnymi godzinami po prostu znika z części zapytań, i to akurat tych najcenniejszych, wpisywanych przez kogoś głodnego tu i teraz. Drugi koszt jest jeszcze dotkliwszy: gość, który przyjechał pod zamknięte drzwi, zostawia jedną gwiazdkę i zdanie, które zostaje na profilu na lata. Do tego dochodzą sytuacje typowe dla gastronomii i nieobecne gdzie indziej: kuchnia kończąca pracę wcześniej niż lokal, przerwa między lunchem a kolacją, inne godziny w święta i długie weekendy, przerwa urlopowa, ogródek działający tylko przy dobrej pogodzie. Każda z tych rzeczy ma w wizytówce swoje miejsce i każda z nich nieuzupełniona kosztuje realnych gości.
Po piąte: sezonowość jest zaplanowana i widać ją w Google wcześniej niż na sali. Ruch w tej branży nie jest równy i nigdy nie będzie. Zapytania o ogródki i lody rosną z pierwszym ciepłym weekendem, o komunie od marca, o wigilie firmowe od października, o catering weselny w środku zimy, kiedy pary planują lato, o obiady na wynos we wrześniu, gdy kończą się urlopy. Kluczowe jest to, że wyszukiwania wyprzedzają wizyty o kilka tygodni. Lokal, który zaczyna mówić o menu wielkanocnym w Wielkim Tygodniu, jest spóźniony o miesiąc, bo ludzie rezerwowali stoliki i zamawiali catering dużo wcześniej. Dlatego przy gastronomii pracujemy na kalendarzu rozpisanym z wyprzedzeniem, a nie na doraźnych postach wrzucanych wtedy, kiedy akurat jest wolna chwila.
Po szóste: marża na jednym gościu jest niska, więc wszystko liczy się w powtarzalności. Kancelaria potrzebuje jednej sprawy rocznie, żeby spiąć koszt marketingu. Restauracja potrzebuje kilkudziesięciu obiadów miesięcznie, i to obiadów powtarzalnych, a nie jednorazowych. Zmienia to sposób, w jaki oceniamy pracę. Nie patrzymy na pojedynczą wizytę, tylko na stały strumień: ile osób w tym miesiącu kliknęło trasę dojazdu, ile zadzwoniło, ile otworzyło menu, jak wygląda ten ruch w powtarzających się porach lunchu i w piątkowe wieczory. Osobno liczymy rzeczy o wysokiej wartości jednostkowej, czyli catering firmowy i przyjęcia okolicznościowe, bo tam jedno zapytanie potrafi być warte tyle, co kilkaset obiadów, i pozyskuje się je zupełnie inaczej, przez treści i wyprzedzenie, a nie przez mapy.
Na koniec rzecz, o której w tej branży mówi się najrzadziej, a która psuje najwięcej. Widoczność można wygrać i stracić ją przy telefonie. Gość dzwoniący w piątek o osiemnastej, żeby zarezerwować stolik na dwie osoby, trafia na sygnał, bo cała obsługa jest na sali. Zapytanie o catering na trzydzieści osób wpada na skrzynkę, którą ktoś otwiera w poniedziałek, kiedy firma ma już dostawcę. Wiadomość na Facebooku wisi trzy dni. Dlatego przy gastronomii zawsze rozmawiamy też o rzeczach, które formalnie nie są SEO: kto odbiera telefon w godzinach szczytu, czy rezerwacja jest możliwa bez rozmowy, jak szybko odpisujecie na zapytania o przyjęcia, i czy formularz na stronie w ogóle trafia do kogoś, kto go czyta. Te ustawienia decydują o tym, ile z wypracowanej widoczności zamieni się w zajęte stoliki.
Każdy z tych formatów ma inny moment decyzji, inny promień, z którego przyjeżdża gość, i inny zestaw fraz, ale łączy je jedno: człowiek wybiera na mapie, na podstawie zdjęcia i oceny, zwykle w mniej niż minutę.
Kolejność nie jest przypadkowa. Zaczynamy od Google Business Profile, od zdjęć i od opinii, bo tam rozstrzyga się wybór gościa i tam efekt przychodzi najszybciej, często w kilka tygodni. SEO strony, podstrony dowozowe i treści sezonowe dokładamy w drugim etapie, kiedy wizytówka już przyprowadza ludzi.
Poprawna kategoria główna, bo restauracja, pizzeria, kawiarnia, bar, bistro i firma cateringowa to w Google osobne kategorie, a wybór złej wycina Cię z najważniejszych zapytań. Do tego kategorie kuchni, menu wgrane jako pozycje z cenami zamiast zdjęcia kartki, atrybuty, które gość sprawdza przed wyjściem z domu: ogródek, parking, wejście z wózkiem, dowóz, odbiór, opcje wegetariańskie, płatność kartą, oraz pełny opis lokalu. Wizytówka jest w tej branży Twoją witryną, więc ma być kompletna co do jednego pola.
Zobacz ofertę GBPPlanujemy sesję pod wizytówkę, a nie pod folder reklamowy: dziesięć najczęściej zamawianych dań w świetle dziennym i w realnych porcjach, zastawiony stół, sala w porze, kiedy jest gwar, wejście z widocznym szyldem, żeby gość trafił z ulicy, ogródek, parking i zespół. Zdjęcia dogrywamy potem regularnie, bo profil, na którym coś się dzieje, radzi sobie w mapach lepiej niż uzupełniony raz i zostawiony. Do tego posty sezonowe: nowa karta, menu wielkanocne, otwarcie ogródka, godziny świąteczne.
Zobacz posty i zdjęciaW gastronomii moment prośby decyduje o wszystkim. Najlepiej działa kod QR na rachunku i krótkie zdanie kelnera przy płatności, kiedy gość jest jeszcze pod wrażeniem deseru, a nie mail wysłany trzy dni później. Ustawiamy proces tak, żeby opinie przychodziły stale, bo świeżość liczy się tu bardziej niż łączna liczba. Przygotowujemy też szablony odpowiedzi na oceny negatywne, w tym te najczęstsze w tej branży: długie czekanie w weekend, zmiana w karcie, hałas, ceny.
Zobacz strategię opiniiZamiast bić się o ogólne „restauracja Bydgoszcz”, gdzie stoi cała gastronomia miasta plus portale z rezerwacjami, budujemy mapę fraz łączących typ kuchni, okazję i dzielnicę. Osobno traktujemy zapytania natychmiastowe, na przykład „obiad na wynos blisko mnie” czy „kawiarnia otwarta teraz”, bo tam decyduje wyłącznie mapa i status otwarcia, a osobno zapytania planowane, jak „restauracja na komunię” albo „sala na osiemnastkę”, bo tam gość czyta stronę i pisze zapytanie z wyprzedzeniem.
Zobacz Local SEONajbardziej dochodowa część gastronomii nie rozgrywa się w mapach, tylko na podstronach, których większość lokali w ogóle nie ma: przyjęcia komunijne, chrzciny, osiemnastki, stypy, wigilie firmowe, catering na konferencję, wesela. Każda z tych okazji to osobne zapytanie, osobny cykl decyzji i zupełnie inna wartość zamówienia. Budujemy je z wyprzedzeniem, żeby były gotowe, kiedy sezon zapytań się zaczyna, a nie wtedy, kiedy już się kończy.
Zobacz content marketingSprawdzamy, jak Twój lokal wypada w mapach z różnych punktów miasta, a nie tylko spod własnego adresu, bo to zupełnie inne wyniki, a w gastronomii promień decyduje o wszystkim. Analizujemy trzy lokale, które Cię wyprzedzają, i ustalamy, czym konkretnie wygrywają: zdjęciami, liczbą i świeżością opinii, kategorią, menu w wizytówce, aktywnością czy po prostu adresem bliżej deptaka. Przy sieciach z kilkoma lokalami każdy adres mierzymy osobno.
Zobacz Local PackPrzykłady fraz, na które pozycjonujemy restauracje, kawiarnie, bary, pizzerie i firmy cateringowe. Schemat jest prosty: typ lokalu albo kuchni plus miasto lub dzielnica, danie plus dowóz plus rejon, albo okazja plus miasto. Wolumen jest mniejszy niż na frazach ogólnych, ale ten, kto je wpisuje, szuka miejsca na dziś wieczór albo dostawcy na konkretny termin.
Poniżej typowe przedziały z naszych współprac w gastronomii. Nie są to gwarancje, bo każdy lokal startuje z innego miejsca, ma inną lokalizację i inne nasycenie konkurencją na swojej ulicy. To punkt odniesienia, nie obietnica.
To najszybsza branża, z jaką pracujemy, bo wizytówki lokali są zwykle zaniedbane, a jednocześnie mają duży ruch. Sama porządna optymalizacja z kompletem zdjęć i menu daje szybki skok. Pierwsze wzrosty widać w statystykach Google Business Profile: wyświetlenia w mapach, kliknięcia w trasę dojazdu, w numer i w menu.
Frazy łączące typ lokalu albo kuchni z dzielnicą, na przykład „kawiarnia Fordon” czy „pizza dowóz Szwederowo”, są realne do zdobycia w kilka miesięcy. Ogólne „restauracja Bydgoszcz” to horyzont dłuższy, bo walczy o nie cała gastronomia miasta plus portale z rezerwacjami i rankingami, które mają nieporównanie większe zaplecze.
W gastronomii marża na pojedynczym gościu jest niska, więc zwrot liczymy z wolumenu i z powtarzalności, a nie z jednej wizyty. Kilkunastu dodatkowych gości tygodniowo albo dwa dodatkowe zlecenia cateringu firmowego w miesiącu zwykle pokrywają koszt współpracy, a jedno przyjęcie na osiemdziesiąt osób potrafi pokryć cały kwartał.
Nie mierzymy sukcesu zasięgami postów ani liczbą obserwujących, bo to nie są liczby, które da się przeliczyć na zajęte stoliki. Patrzymy na kliknięcia w trasę dojazdu, kliknięcia w numer i otwarcia menu w Google Business Profile miesiąc do miesiąca, bo to jedyne sygnały bezpośrednio poprzedzające wizytę. Przy lokalach z rezerwacją online dokładamy liczbę rezerwacji ze źródła organicznego.
Suma wyświetleń z całego miesiąca niewiele mówi właścicielowi lokalu, bo problem zwykle siedzi w konkretnej porze. Patrzymy osobno na porę lunchu, na wieczory w tygodniu i na weekendy, bo to trzy różne biznesy pod jednym adresem. Jeśli lunch stoi pusty, a piątki są pełne, wiemy dokładnie, które frazy, które godziny w wizytówce i które treści trzeba ruszyć.
Przy lokalach z dowozem osobno raportujemy zamówienia przychodzące bezpośrednio, bo każde z nich zostaje u Ciebie w całości, zamiast oddawać portalowi kilkanaście albo kilkadziesiąt procent koszyka. Przesunięcie nawet niewielkiej części ruchu na kanał własny zmienia rachunek roku bardziej niż wzrost liczby zamówień o tę samą wartość na portalu.
Porównywanie listopada z lipcem w gastronomii nie ma sensu i prowadzi do złych decyzji. Efekty pokazujemy rok do roku, czyli ten sam miesiąc z poprzednim sezonem, bo tylko tak widać, czy rośniesz, czy po prostu skończyły się wakacje. Przy lokalach sezonowych planujemy działania kilka tygodni przed szczytem zapytań, a nie w jego trakcie.
Pytania, które dostajemy od restauratorów, właścicieli kawiarni, pizzerii z dowozem i firm cateringowych.
Najczęściej w miejscu, którego w ogóle nie widać z kuchni, czyli na ekranie telefonu w momencie, kiedy ktoś stoi dwieście metrów od Twojego lokalu i wpisuje „gdzie zjeść w pobliżu”. Google pokazuje mu trzy wizytówki, a on ocenia je w kilka sekund: po zdjęciu głównym, po ocenie z liczbą opinii obok, po tym, czy jest napisane „Otwarte” czy „Zamknięte”, i po tym, czy w karcie widać menu z cenami. Jeżeli Twoje zdjęcie główne jest ciemną fotografią pustej sali sprzed czterech lat, a u sąsiada widać talerz w świetle dziennym, przegrywasz zanim ktokolwiek dowie się, jak gotujesz. Do tego dochodzą rzeczy banalne, które kosztują najwięcej: godziny nieaktualizowane po zmianie sezonu, brak kuchni jako kategorii dodatkowej, brak menu w wizytówce, brak informacji o ogródku, parkingu czy wejściu z wózkiem.
Druga typowa strata to opinie, które są, ale nie pracują. Trzydzieści ocen z ostatnich trzech lat wygląda w mapach zupełnie inaczej niż trzydzieści ocen z ostatnich trzech miesięcy, bo Google patrzy na świeżość, a gość patrzy na datę. Jeżeli najnowsza opinia jest sprzed pół roku, człowiek zakłada, że lokal albo podupadł, albo zmienił właściciela. Osobna sprawa to odpowiedzi. Restauracja, która odpowiada na każdą opinię, także na tę o zimnej zupie, wygląda na prowadzoną przez kogoś, komu zależy, a to przekłada się na decyzję mocniej niż różnica jednej dziesiątej w ocenie. W praktyce u większości lokali zaczynamy właśnie od tych trzech rzeczy: zdjęcia główne, świeżość opinii i kompletność wizytówki. Efekt widać zwykle szybciej niż w jakiejkolwiek innej branży.
W gastronomii zdjęcia to nie dodatek do marketingu, tylko główny nośnik oferty. Gość nie kupuje opisu, kupuje wyobrażenie tego, co za chwilę zobaczy na stole, a jedyne, co ma do dyspozycji przed wejściem, to galeria w wizytówce. Google Business Profile daje tu przewagę, której nie daje żadna reklama: zdjęcia z wizytówki pokazują się w mapach, w wynikach wyszukiwania, w panelu obok wyników i w podglądzie na telefonie, przez cały czas, bez opłaty za każde wyświetlenie. Lokal z trzydziestoma dobrymi zdjęciami potraw, wnętrza, wejścia i ogródka dostaje zauważalnie więcej wejść w profil niż lokal z pięcioma przypadkowymi fotografiami, bo ludzie po prostu przewijają galerię i zostają w niej dłużej.
Ważne jest przy tym, jakie to mają być zdjęcia. Nie chodzi o stylizowaną sesję reklamową z rekwizytami, bo talerz, który na zdjęciu wygląda inaczej niż w rzeczywistości, wraca do Ciebie w opiniach. Chodzi o światło dzienne, realne porcje, Twoje talerze i Twoją salę. Robimy zwykle plan zdjęciowy: dziesięć najczęściej zamawianych dań osobno, dwa albo trzy ujęcia zastawionego stołu, wnętrze w porze, kiedy jest gwar, wejście z widoczną nazwą i szyldem, żeby gość rozpoznał lokal z ulicy, ogródek, parking albo dojście oraz zdjęcie zespołu. Do tego menu z aktualnymi cenami wgrane jako pozycje w wizytówce, nie jako zdjęcie kartki, bo tylko wtedy Google potrafi je czytać i pokazywać przy zapytaniach o konkretne danie. Zdjęcia dokładamy potem regularnie, bo profil, na którym coś się dzieje, radzi sobie w mapach lepiej niż profil uzupełniony raz i zostawiony.
Ma, i to z bardzo konkretnego powodu finansowego. Za zamówienie z portalu płacisz prowizję liczoną w dziesiątkach procent od każdego koszyka, przez cały czas, także od klienta, który zamawia u Ciebie po raz dwudziesty. Za zamówienie, które przyszło przez Twoją wizytówkę i Twoją stronę, nie płacisz nic poza stałym kosztem obsługi. Przy lokalu robiącym kilkaset zamówień miesięcznie przesunięcie nawet piętnastu procent ruchu z portalu na kanał własny potrafi zmienić wynik roku, a ten efekt skaluje się dalej sam. Dlatego przy pizzeriach i lokalach z dowozem celem nie jest wyprowadzka z portali, bo one zostają jako źródło nowych, nieznających Cię gości. Celem jest odbicie tych, którzy wracają.
Robi się to w kilku miejscach naraz. W wizytówce ustawiamy zamawianie bezpośrednio, dodajemy dostawę i odbiór jako atrybuty, wgrywamy menu z cenami i pilnujemy obszaru dowozu w opisie, bo ludzie wpisują „pizza z dowozem” razem z nazwą swojej dzielnicy. Na stronie budujemy podstrony pod dowóz do konkretnych rejonów, na przykład pod Fordon, Szwederowo czy Osielsko, bo fraza „pizza dowóz Fordon” jest realna do zajęcia i wpisuje ją ktoś, kto zamawia w ciągu najbliższych dwudziestu minut. Pilnujemy też, żeby zamówienie u Ciebie było wygodniejsze niż w aplikacji: numer klikalny z telefonu, prosty formularz, widoczna informacja o czasie oczekiwania i o minimalnej kwocie. Na koniec zostaje rzecz, która nic nie kosztuje, a działa najmocniej: ulotka w pudełku z informacją, że zamawiając bezpośrednio gość dostaje ten sam produkt taniej albo z dodatkiem. Portal przyprowadza klienta raz, Ty przejmujesz go na stałe.
Godziny otwarcia to w gastronomii najbardziej niedoceniany element całej wizytówki, bo Google używa ich do filtrowania wyników. Osoba szukająca o dwudziestej pierwszej widzi przede wszystkim lokale oznaczone jako otwarte, a lokal z nieaktualnymi godzinami albo wypada z wyników, albo, co gorsza, wpuszcza gościa pod zamknięte drzwi, co kończy się jedną gwiazdką i zdaniem, które zostaje na profilu na lata. Dlatego ustawiamy nie tylko podstawowe godziny, ale też godziny specjalne na święta, długie weekendy, przerwę urlopową i inne dni nietypowe, wpisywane z wyprzedzeniem, a nie w dniu zamknięcia. Jeżeli kuchnia kończy pracę wcześniej niż lokal, zaznaczamy to osobno, bo gość, który przyszedł zjeść dwadzieścia minut przed zamknięciem kuchni, też zostawia opinię.
Sezonowość ogrywa się wyprzedzeniem, bo ruch w Google przychodzi zawsze kilka tygodni przed ruchem na sali. Zapytania o ogródki rosną z pierwszym ciepłym weekendem, o lody i chłodne napoje w maju, o komunie w marcu, o wigilie firmowe od października, o catering weselny zimą, kiedy ludzie planują lato. Pracujemy więc na kalendarzu: ogródek dodany jako atrybut i pokazany na zdjęciach na przełomie marca i kwietnia, posty o menu sezonowym wtedy, kiedy sezon się zaczyna, a nie w jego szczycie, osobna podstrona o organizacji przyjęć okolicznościowych żyjąca przez cały rok i zbierająca zapytania z wyprzedzeniem. Przy cateringu dochodzi jeszcze jedno rozróżnienie. Catering firmowy i catering weselny to dwa różne biznesy, inne frazy, inny klient i inny cykl decyzji, więc dostają osobne podstrony. Firma szuka dostawcy na konkretny termin i decyduje w kilka dni, para młoda czyta, porównuje, zamawia degustację, a potem wraca po miesiącu.
Przy pojedynczym lokalu prawie zawsze zaczynamy od samego Google Business Profile, bo w gastronomii to najszybciej zwracająca się część marketingu. Taka współpraca to koszt rzędu kilkuset złotych miesięcznie i obejmuje uporządkowanie wizytówki od podstaw: poprawną kategorię główną wraz z kategoriami kuchni, bo restauracja, pizzeria, kawiarnia, bar i firma cateringowa to w Google osobne kategorie i wybór złej kosztuje pozycje, menu wgrane jako pozycje z cenami, plan zdjęciowy i regularne dogrywanie zdjęć, atrybuty typu ogródek, parking, dostępność dla wózków, dowóz i odbiór, godziny wraz z godzinami specjalnymi na święta, strategię zbierania opinii z odpowiedziami na wszystkie oceny oraz miesięczny raport z liczbą kliknięć w trasę dojazdu, w numer i w menu. Dla lokalu z dowozem, dla cateringu albo dla sieci z kilkoma adresami dokładamy pełne SEO strony: podstrony pod rejony dowozu, podstronę o przyjęciach okolicznościowych, treści sezonowe i osobną podstronę lokalną dla każdego adresu, bo każdy adres to osobny punkt na mapie.
Konkretną wycenę podaję po bezpłatnym audycie, bo dopiero widząc Twoją wizytówkę, Twoje zdjęcia i trzy lokale, które wyprzedzają Cię w mapach na Twojej ulicy, wiem, ile jest realnej pracy. Audyt to 7-minutowe video nagrywane indywidualnie w ciągu 24 godzin. Pokazuję w nim, na której pozycji jesteś na frazy typu „restauracja”, „gdzie zjeść” i „kawiarnia” widziane z różnych punktów miasta, gdzie Twoja wizytówka traci punkty, jak wygląda Twój profil opinii na tle sąsiadów i od czego zacząłbym u Ciebie. Co do rachunku opłacalności: w gastronomii marża na pojedynczym gościu jest niska, więc nie liczymy zwrotu z jednej wizyty, tylko z powtarzalności i z wolumenu. Kilkunastu dodatkowych gości tygodniowo albo dwa dodatkowe cateringi firmowe w miesiącu zwykle spinają koszt całej współpracy, a jedno przyjęcie okolicznościowe na osiemdziesiąt osób potrafi pokryć kwartał.
Nagram dla Ciebie 7-minutowe video w ciągu 24 godzin. Pokażę, na której pozycji jest Twoja wizytówka na frazy typu „gdzie zjeść”, „restauracja” i „kawiarnia” widziane z różnych punktów miasta, co widzi gość, który otwiera Twój profil na telefonie, jak wypadają Twoje zdjęcia i opinie na tle sąsiadów, które trzy lokale Cię wyprzedzają i czym konkretnie wygrywają. Bez sprzedaży i bez zobowiązań.